piątek, 29 stycznia 2016

Zmiany na Blogu !

Od dnia dzisiejszego będą pojawiały się tu krótkie opowiadanie w formacie A4 raz na tydzień/dwa tygodnie.
Stare rozdziały zostawiam bo wspomnienia :3 
Pozdro dla czytelników i widzimy się w środe :D

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział 3



- Zanim stąd wyjdziemy, koniecznie musimy się przygotować na nieoczekiwane. Na mapie widnieje zbrojownia, pójdźmy tam i weźmy trochę oręża. Nie wiadomo, kiedy się przyda - tłumaczył plan Azhar niczym Napoleon wskazywał drewnianą pałeczką punkt na mapie, której z zainteresowaniem przyglądali się bracia wcielający się w rolę żołnierzy.
W końcu to nie była już zwykła przygoda, a walka na śmierć i życie. Jeśli tylko ktoś wzniesie alarm, będą straceni, zostaną niezwłocznie skazani na śmierć i nigdy nie zobaczą matki. Mimo, że byli już dorośli, straszliwie się do niej przywiązali. To ona ich wychowywała i poza sobą mieli już tylko ją.
Ruszyli zatem do zbrojowni nie napotykając na większe problemy, bez trudu ominęli zmęczonych wartą strażników rozstawionych w najróżniejszych punktach lochu
Dotarli, nie była to długa podróż, lecz zmęczyła ich. Stres spowodowany strachem przed wykryciem był w tym wszystkim najgorszy. Zbrojownia była prawie pusta, kilka mieczy, pik,puklerzy oraz lekka zbroja chroniąca przed drobnymi obrażeniami.
Zabrali to co było potrzebne, tarcze, miecze i pancerze. Wszystkiego po trzy sztuki, w końcu nie przyszli tu się obłowić, a przygotować do walki, gdyby taka nastąpiła.
- Teraz możemy kierować się do wyjścia -  powiedział Azhar ruszając jak wskazywała mapa do przejścia na wyższy poziom.
Mijając jedną z komnat słychać było rozmowę. Azhar zbliżył się do lekko rozwartych dębowych drzwi i nasłuchiwał cierpliwie.
- Rozstawcie się tak jak planowaliśmy. Nic się nie zmienia bez względu na to co się wydarzy! - powiedział głos obcego im mężczyzny.
-Tak jest! - odpowiedział drugi głos zbliżając się do wyjścia.
Szybko schowali się za grubą ceglaną ścianą, światło padające od pochodni oślepiało mężczyznę dzięki czemu nie zostali zauważeni.
Dalsza podróż odbyła się bez problemów dzięki czemu w kilka minut dotarli do celu.
Podążali wąskimi, kręconymi stromymi schodami ku górze, które gdyby nie pochodnie rozstawione co kilkadziesiąt stopni oświetlające przejście potykaliby się i narobili hałasu.
Wyszli na dziedziniec, na którym raz na jakiś czas odbywały się turnieje rycerskie. Nieopodal położony był zamkowy park, do którego dostęp mieli mieszkańcy i przejezdni którzy mogą się tu zrelaksować. Rosną tu stare drzewa pamiętające jeszcze stare pokolenie, śliczne krzewy, a woń kwiatów daje ukojenie dla zmęczonych lub zakochanych tu spacerujących. Gotycki ceglany zamek położony był na wzgórzu. Z każdym wschodem słońca światło padające w jego okiennice budziło mieszkańców. Widok na pobliskie jezioro i wsie był przepiękny.
Była późna noc i ani żywej duszy w pobliżu.
- Wyjątkowo cicho, za cicho... - wyszeptał Arman.
Zbliżali się do bocznego wyjścia też nikogo nie zastali.
- Gdzie jest straż? Gdzie ludzie? - z niedowierzaniem mówił Avenal. - Co tu się do diabła dzieje?
Gdy tylko przekroczyli próg muru spostrzegli, że są otoczeni.
- Gdzie to nasi przestępcy się wybierają? - zapytał znajomy głos zza ich pleców. - Czyżby nie podobały się wam nasze lochy?
Odwrócili się na pięcie. To był Maric, ten sukinsyn, przez którego znaleźli się w takiej sytuacji. Gdyby tylko zrozumiał dlaczego to zrobili. Gdyby tylko pomyślał, choć przez chwilę, jak czułby się na ich miejscu. Był bezlitosnym draniem i nie obchodziły go motywy. Liczyło się zlikwidowanie problemu bez rozpatrzenia sprawy.
Dorwali miecze w dłoń i stworzyli coś mającego przypominać od góry okrąg. Stanęli plecami do siebie osłaniając w ten sposób każdy z osobna plecy towarzyszy.
- No młody! Pokarz czego się u nas nauczyłeś - rzucił od tak Maric jednemu z jego straży.
Z grupy wystąpił młody znajomy im chłopak, był to Marcin. Uzbrojony w maczetę i okrągłą zbitą z desek tarczę obtoczoną metalową obręczą, aby wszystko razem mocno się trzymało. Na tarczy namalowany był herb ich państwa. Wielki czarny kruk na pasiastym, biało czerwonym tle.
Marcin wystąpił z grupy, odważnie patrząc głęboko w oczy Azharowi. Spod żelaznego hełmu wystawały kosmyki czarnych włosów. Na jego wojskowym mundurze wisiała kolczuga sięgająca do pasa.
W tym samym czasie dwóch innych mężczyzn również wyszło przed oddział, lecz w stronę braci Azhara.
Zaatakowali jednocześnie, Marcin nadbiegający do Azhara próbował zaatakować go od góry, lecz ten bez trudu sparował atak. Dobrze pamiętał lekcje szermierki u ojca. Trenował wraz z braćmi trzy razy w tygodniu, mimo braku chęci z jego strony. Tata zawsze powtarzał, że w tych czasach muszą nauczyć się samoobrony, bo, gdy go zabraknie, ktoś musi się zająć matką. Wymierzył szybką kontrę w kierunku serca rywala, lecz kolczuga obroniła go przed większymi obrażeniami. Cios był jednak na tyle silny, aby odczuł go na sobie. W między czasie bracia parowali kolejne ataki, byli słabsi w szermierce od niego, ale nie dawali za wygraną.
Wróg znowu nadchodził, tym razem robiąc cios tarczą, Azhar odpowiedział tym samym odpychając wroga, robiąc krok na przód szybkim ruchem odciął rękę przeciwnika. Dłoń upadła na ziemię. Marcin trzymał za nadgarstek sycząc z bólu. Był twardy, złapał prawą ręką za broń i zaatakował odsłonięte nogi napastnika. Azhar się tego nie spodziewał, ostrze szerokiego noża wbiło się aż do kości w jego lewe udo. W odwecie wziął szybki zamach po czym odciął drugą rękę i szybko cisnął ostrze w serce. To już druga osoba, którą pozbawił życia. Wyciągnął maczetę z rany i obejrzał za siebie. Dopiero dotarło do niego co się stało. Jego bracia leżeli powaleni na ziemi.
- Uciekaj Arman, nie rób tego matce, nie może zostać sama ! - wysyczał Arman.
Łzy spływały Azharowi po policzku, wiedział, że nigdy nie uściska braci, nigdy nie będzie mógł z nimi zamienić choćby słowa. Opamiętał się w porę i przebił się przez lukę w formacji. Pędził co sił przed siebie do pobliskiego lasu nie zwracając uwagi na to co działo się za jego plecami.
Nagle ŚWIST !
Poczuł przeszywający jego ciało grot strzały, wbiła się na lewo od rękojeści mostka. Biegł dalej choć wolniej i przechylając się z boku na bok. Gdy zniknął z zasięgu ich wzroku zwolnił. Czuł się coraz słabiej, kręciło mu się w głowie. Usiadł pod dużym, starym dębem. Oczy same się zamykały. Widział coraz jaśniejsze białe światło i następującą po nim ciemność.

_______________________________________
Autor : Konrad Racibor  
Korekta : MychaM 
Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

piątek, 8 sierpnia 2014

Rozdział 2

- Teraz jest dzień czy może to noc? - zadawał sobie te pytania Azhar, który właśnie z ogromnym wiercącym dziurę w jego głowie bólem budził się ze snu. Śnił mu się jego rodzinny dom, rodzice w kuchni gotujący pyszny schab z dzika, którego upolował jego ojciec. Bracia wesoło bawiący się w ogrodzie w piękny słoneczny dzień. Dopiero, gdy ból uderzył mocniej dotarło do niego, że ta sielanka to jego bujna wyobraźnia.
Powoli otwierając powieki, rozmazany świat stawał się coraz bardziej wyraźny. Leżał na kamiennej zimnej i spleśniałej posadzce. W pomieszczeniu czuć było odurzający smród gnijących szczurów. Ledwo co można było zobaczyć, a jedyne światło w pomieszczeniu dostawało się przez kratę ściekową nad nimi, chyba domyślał się gdzie są. Były to podzamkowe lochy, które w czasach pokoju służyły za więzienie dla tutejszych oprawców. Najprawdopodobniej zostali tu zamknięci do momentu nadania przez sąd wyroku. Wyroku, który jest oczywisty.


- Musimy się stąd wydostać - powtarzał w myślach, bo wiedział co im grozi za zabójstwo. Azharowi też było zimno, lecz nie zwracał na to uwagi. Bardziej interesowało go gdzie i co się stało po ich złapaniu.


Uważając by nie uderzyć głową w sufit podniósł się powoli. Pomieszczenie miało wysokość półtora metra, co dało się wyczytać po narysowanej mierze na ścianie. Najwidoczniej wylądowali w kanałach pod miastem. Przed nimi znajdowały się ciężkie drzwi wykonane z pionowych i poziomych ołowianych belek, a po ich prawej stronie klamka z zamkiem na klucz.


- Gdzie mógł być klucz? - szepnął do siebie chodząc na klęczkach po pomieszczeniu. W końcu dał sobie spokój, gdy oparł się o ściankę na lewo od drzwi coś się przesunęło. Można było usłyszeć stuknięcie zapadni. Popchnął trochę mocniej, a poszczególne bloki kamienia zaczęły się wysuwać tworząc coś na podobieństwo szuflady.
Azhar zerknął ostrożnie, jak gdyby drapieżny wąż miał być w środku. Znajdował się tam jakiś przedmiot zawinięty w ubrudzoną szmatę. Najwidoczniej sporo już się naczekał na swego odkrywcę.


- Ej, co tam masz? - zapytał znajomy głos docierający zza jego pleców. Odwrócił lekko głowę i dostrzegł swoich braci, nareszcie się przebudzili.
- O! Wstaliście wreszcie! To chyba jakiś klucz - domyślał się po kształcie ukrytym za materiałem.
- To pokaż go - odezwał się Avenal, który do tej pory obserwował braci w milczeniu.


Azhar rozpakował dziwne znalezisko. Tak jak przypuszczał, był to mosiężny klucz ozdobiony szklanymi koralami, perłami i srebrnymi elementami na jego uchwycie.Bez chwili namysłu zbliżył się do zamka i dobywając klucz włożył go przekręcając w lewą stronę dwukrotnie, aż usłyszał cofający się zatrzask. Przed nimi roztwarły się drzwi na długi ciemny, wąski korytarz.


- Idziemy? - zapytał towarzyszących mu braci.
- A mamy jakiś wybór? - odpowiedział pytaniem Arman jednocześnie robiąc głupi wyraz twarzy


Ruszyli jeden za drugim w rządku wysuwając ręce przed siebie i stawiając ostrożnie kroki, aby przypadkiem nie wpaść w jakąś dziurę lub nie trafić na coś, czego by nie chcieli. Szli tak około piętnaście minut w egipskich ciemnościach, spragnieni i głodni dotarli do kolejnego pomieszczenia. Sala, na którą się napotkali była wielkości połowy boiska piłkarskiego, a wysokości około dwóch pięter. Po jej obu stronach stały wielkie beczki z winem. Były to zapasy króla z plantacji, na której pracowała ich matka, za życia ojca. Już mieli wejść, gdy dostrzegli strażnika robiącego patrol z pochodnią, która oświetlała niewielką część pomieszczenia wokół niego.


- Ciekawe ilu ich tu jest - zwrócił uwagę Avenal.
- Poszukajmy czegoś, czym można by go ogłuszyć - wyszeptał Azhar szukając wzrokiem jakiegoś ostrego narzędzia.
- Tam jest! - zauważył Arman kierując się w stronę drewnianych wideł używanych do mieszania miazgi podczas fermentacji wina.


Złapał oburącz za widły, ustał w pozycji niemalże wojownika gotowego na śmierć na polu walki.


- Zwróć jego uwagę, aby podszedł bliżej, wtedy na znak go uderzę


Azhar wodząc wzrokiem po podłożu natknął się na kamyk, wiedział już co ma zrobić. Rzucił go w drewnianą beczkę, tym czynem przyciągając uwagę strażnika. Ten nie mógł przejść obojętnie. Kroczył ostrożnie, rozglądając się na boki szukał czegoś co nie pasuje do krajobrazu. Gdy tylko skrócił się dystans Avenal głośno tupnął nogą o podłogę dezorientując żołnierza, to był znak. Arman biorąc wielki zamach wyskoczył zza pleców i uderzył go prosto w skroń. Strażnik padł upuszczając pochodnię na ziemię. Wróg został wyeliminowany. Arman podniósł pochodnię i prowadził dalej.
Jak się okazało, parę metrów dalej, za rogiem była strażnica naszego delikwenta. Na stoliku leżało pęto tłustej, świeżej kiełbasy oraz dzban wina. Nie trzeba chyba mówić, że skorzystali z zaproszenia i napełnili brzuchy.


- Pójdę schować ciało, aby nikt się nie zorientował co tutaj zaszło - powiedział Avenal.

Gdy wlókł napastnika do ciemnego i mało widocznego miejsca za beczkami, skrawek papieru wypadł z kieszeni wojskowego munduru. Avenal sięgnął po niego bez namysłu otwierając, była to mapa wszystkich pomieszczeń i korytarzy podziemnego lochu. Teraz wiedzieli, w którą stronę się kierować ku wyjściu.



 


 _______________________________________


Autor : Konrad Racibor
Korekta : MychaM 
Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Rozdział 1


Uciekaj Azharze! - krzyknął do młodszego o dwa lata brata, Arman. Wysoki blondyn o niebieskich oczach patrzył na swego brata wystraszony tym, co się przed chwilą stało. Ten nadal wpatrzony był w nieżyjącego już mężczyznę, którego mimika twarzy wskazywała na strach przed śmiercią. Ich ofiara to trzydziestopięcioletni Dorian, który zapłacił ich matce za seks, tak, matka była prostytutką. Po śmierci ojca na Wielkiej Wojnie nie mieli się za co utrzymać, toteż nie było innego wyjścia. Pijany Dorian zaczął bić ich matkę do nieprzytomności, lecz w porę Azhar zorientował się i wbiegł do sypialni. Chwycił za miecz po ojcu wiszący na ścianie. Pięknie zdobiony i grawerowany w stylu Japońskich katan, gdy oprawca spostrzegł co mu grozi wyskoczył przez okno nie zdążając się ubrać. Nie było to problemem, bo mieszkanie znajduje się na parterze.Matka szlochała oparta o łóżko na którym odegrała się ta nieprzyjemna dla oczu scena. Łzy rozmazywały makijaż nie tak dawno nakładany na jasnej karnacji twarz. Teraz opuchniętą, siną i umazaną krwią.  Jej zielone oczy zaczerwieniały się coraz bardziej z każdą wylaną łzą. Tak rozpoczęła się pogoń przez ich miasteczko. Po krótkiej gonitwie w środku ulewnej nocy wreszcie dopadł go w ślepej uliczce i bez namysłu wbił ostrze prosto w krtań, niczym lekarz robiący tracheotomię. Nadal klęczący w kałuży krwi Azhar, trzymał za trzonek wbitego w krtań wroga stalowego miecza. W oddali słychać było okrzyki, ktoś nadchodził. Zza rogu z wolna wyłoniła się sylwetka średniego wzrostu dobrze zbudowanego mężczyzny. Dopiero, gdy ten się zbliżył, światło rozwieszonych po mieście lampionów padło na jego twarz. Był to Avenal, najmłodszy z braci, osiemnastoletni, dobrze zbudowany chłopak o czarnych włosach i piwnych oczach.

Kroki było słychać coraz głośniej, można było dostrzec światło olejnych lamp. Atmosfera stawała się napięta.
- Idą! - powiedział stanowczo  - musimy sie zbierać zanim będzie za późno.
Azhar dalej klęczał, nic się nie odzywając jakby był sparaliżowany. Pierwszy raz zabił człowieka, zawsze starał się unikać wszelkich konfliktów, lecz co ten bandzior zrobił jego matce, rozsądek zmieniło w apatyczną złość i żądzę zemsty. Coraz głośniej było słychać kroki obudzonych mieszkańców wioski, światło olejnych lamp stawało się raz po raz jaśniejsze. Atmosfera stawała się napięta niczym w najstraszniejszych horrorach i kryminałach.
- Zbierajmy się - napomniał Arman łapiąc za kołnierz ubrudzonej krwią koszuli swego przerażonego brata.
Biegli wąskimi uliczkami w kierunku domu mijając niczego nieświadomych sąsiadów. Droga była krótka, to małe miasto, zapomniane przez resztę świata. Znajdowało się na granicy z Mocarstwem Trzech Wzgórz. Naokoło było mnóstwo lasów i gór, toteż z rzadka przyjeżdżał do nich targ z dostawami najnowszych szyków mody, egzotycznego jedzenia czy innych dziwactw. Mury porastał bluszcz, a drogi były porośnięte mchem. Postanowili wejść po cichu, aby nie obudzić matki, w końcu była północ, a ta wiele przeszła dzisiejszego dnia.
Otworzyli delikatnie drzwi, lecz zanim weszli zauważyli matkę siedzącą wraz z brodatym mężczyzną przy stole obiadowym. Nieco dalej, w cieniu pokoju stali żołnierze przysłuchujący się rozmowie. Nagle drzwi, o które opierali się bracia otworzyły się szerzej skrzypiąc na całą kuchnię. Maric, bo tak miał na imię dowódca oddziału policyjnego wsi Darnowo spostrzegł ich wydając głośny rozkaz pojmania sprawców. Na ucieczkę było zdecydowanie za późno...


  _______________________________________

Autor : Konrad Racibor
Korekta : MychaM
Kopiowanie bez zgody autora zabronione.